PROMOCJA
Andrzej usiadł na ławce pod rozwiniętym kasztanem. Lubił tę ławkę, to drzewo. Z Wikipedii dowiedział się, że w Polsce dziko występuje tylko jeden gatunek kasztana, jadalny. Gdy czytał informację, głośno się zaśmiał. Dzikie, a jednak nietoksyczne. Czego ta przyroda nie wymyśli?
Odkąd przeszedł na emeryturę, dwa miesiące temu, starał się codziennie spędzać czas pod kasztanem. Co ma do roboty stary kawaler, pozbawiony tak naprawdę wszelkiego zajęcia?
Między południem a czternastą w parku nie było zbyt dużo ludzi. Babcie opiekujące się wnuczętami. Uczeń – wagarowicz. Czasami dwie, trzy zakonnice. Wycieczka szkolna zmierzająca na pływalnię przy ulicy X.
Lecz nie dziś. Dziś pustki, jak się patrzy. Zaraz, zaraz: jaki to dzień tygodnia? Środa raczej. Tak, środa. We wtorki ogląda ulubiony serial i mierzy ciśnienie. Z pewnością nie pomylił dni. Zakreśla dni ciśnieniowe w specjalnym kalendarzyku zdrowia.
Dziś środa, zatem w parku powinien zjawić się Kulas. Nazwał tak czterdziestoletniego mężczyznę utykającego na lewą nogę. Przysiadał się do Andrzeja i, bez żadnych wstępów, zaczynał opowiadać.
Historie którymi dzielił się nieznajomy najprawdopodobniej były zmyślone. Nic nie było w tym złego. Ta sytuacja wszystkich usatysfakcjonowała. Kulas był zadowolony, ponieważ opowiadał. Andrzej, bo słuchał ciekawych opowieści. Kasztan dawał cień nie na darmo.
Nie przychodził. Andrzej spoglądał raz po raz na zegarek. Powinien już rozprawiać o miłości, namiętności, zdradzie i gniewie bez powodu. Andrzej zobaczyłby w teatrze wyobraźni kolejną wersję „Romea i Julii” czy „Makbeta”, „Otella”, a może domorosłą przeróbkę „Moralności pani Dulskiej”. Kilka razy westchnąłby, wtrąciłby swoje trzy grosze, udałby zadumę lub zdziwienie. Kulas udałby, że nie zauważa tych gestów, odruchów, migów. Podziękowałby i oddalił się w stronę bramy.
Andrzej wgapiał się w to miejsce, gdzie spodziewał się zobaczyć znajomego opowiadacza. Zamiast niego zobaczył dwa bawiące się jamniki ostrowłose. Jednocześnie usłyszał za sobą miły, kobiecy głos:
- Ładnie się bawią, prawda?
Nie zdziwił się, że ktoś go zaczepiał. Był przyzwyczajony do uśmiechów przechodniów, przypadkowej wymiany zdań, ukradkowego obserwowania ładnych kobiet. Dwie, trzy godziny w parku przez siedem dni w tygodniu daje wiele wrażeń.
- … wrażeń – usłyszał za sobą.
Odwrócił się:
- Przepraszam, pani coś mówiła?
Za ławką stoi stała modnie ubrana, co najwyżej trzydziestoletnia kobieta, zmysłowo uśmiechająca się do Andrzeja. Niebieska sukienka na ramiączkach uwypuklała zgrabną figurę.
- Godzina pełna wrażeń, to powiedziałam – dotknęła palcem wskazującym lewej dłoni ust, a równocześnie zrobiła ruch, jakby chciała przysiąść się do nieznajomego.
Zrozumiał gest:
- Proszę usiąść. Zapraszam.
Usiadła na brzeżku ławki, jednocześnie zdejmując szpilki. Odsłoniła zgrabne, wypielęgnowane stopy. Powyżej stóp, nad brzeżkiem sukienki, zobaczył sprężyste łydki, kształtne kolano.
- Oj, przepraszam pana, że musiałam zdjąć ... Niepotrzebnie szłam po trawniku, pobrudziłam butki. Do pana przecież prowadzi prostsza droga, prawda, proszę pana?
Nie wiedział dlaczego, ale odpowiedział:
- Przez bramę …
Głęboko westchnęła:
- „Teraźniejszość jest jedynie bramą, prowadzącą do przyszłości”. Musiałam tylko tutaj dotrzeć – ponownie westchnęła, i jakby przez przypadek jedno z ramiączek sukienki opadło. Kobieta nie speszyła się, była nawet zadowolona. Miała opalone ciało, brązowe, połyskujące w słońcu.
-Oj, przepraszam pana, że odsłoniłam ciałko. Tak, lubię się opalać. Bardzo – cichutko westchnęła. Od niechcenia pogłaskała palcem wskazującym dekolt. Dotarła do górnego guziczka sukienki. Przez chwilę palec dotykał go, traktując jak przycisk do windy.
„Ciekawe, na które piętro znajomości chce dojechać?”, pomyślał Andrzej. Kobieta odpowiedziała gestem: wysunęła guzik z dziurki, pogłębiła dekolt. Drobnym paluszkiem zaznaczyła przedziałek między piersiami.
„Chce poflirtować, ewidentnie chce poflirtować!” – stwierdził w duchu.
-Oj, przepraszam pana, że musiałam odpiąć, ale tak dziś gorąco - i nie wiadomo który raz westchnęła, tym razem odrobinę głośniej. Nie kłamała, balkonowy termometr o godzinie dziesiątej pokazywał dwadzieścia stopni. Dwie godziny temu.
- Będzie z trzydzieści stopni – powiedział, aby cokolwiek powiedzieć.
Bez słowa rozpięła drugi guzik sukienki. Zrobiła minkę zdziwionej dziewczynki, która zjadła deser przed głównym daniem.
-Oj, przepraszam pana, nie wiedziałam, że aż tak gorąco – paluszek wędruje w okolice przedziałku między piersiami. I nie wiadomo, z jakiego powodu dodała: „Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat działa potajemnie, by udało Ci się to osiągnąć”.
Nie zwrócił uwagi na ostatnie zdanie. Jak każdy facet, blisko którego siedzi ponętna babka, zyskał pamięć ciała. Oczywiście jeśli ją kiedykolwiek stracił.
Machinalnie poprawił się na ławce, poczuł pewną niewygodę w miejscu schodzenia się nogawek spodni. Tyko przełknął ślinę, taki odruch małego Jędrka przyłapanego na kradzieży namiotu wczasowiczom, gdy oni baraszkują nadzy. Jola, jego pierwsza dziewczyna nazwała namiotem, dokładniej: namiocikiem, sposób w jaki się podniecał. Usłyszawszy delikatne porównanie, zawstydzony dwudziestoletni chłopak z małej miejscowości, zaczerwienił się po uszy. Teraz, jako starszy pan, z dość pokaźnym doświadczeniem, czerwienić się nie miał zamiaru. Jednak ( ba!) jednoosobowy, ogrodowy namiocik został rozbity.
Zapadła dziwna, krępująca cisza. Bał się spojrzeć w jej twarz. Poczuł, że gospodarz namiociku dzielnie krząta się wokół swoich spraw. Zrobił to, co zrobić powinien już dawno. Założył nogę na nogę, aby udaremnić powiększenie pałatki. Po chwili poczuł ulgę. Nie zobaczy ...
-Oj, nieładnie – usłyszał.
Wreszcie spojrzał na nią. Mina zdziwionej kobiety i rozpięta sukienka na górze i połyskujące opalenizną łydki przekazywały więcej niż niejeden idiom poetycki. W co ona gra? Stary głupiec ze mnie, skarcił się w duchu. Wiadomo ...
- Co: nieładnie? – wykrztusił.
- Tak milczeć, jak dama się stara – wyrecytowała.
Stara się? Pokazała fragmenty gołego ciała i to nazywa staraniem się?
Zauważyła niepewną minę Andrzeja. Zapytała wzrokiem: „O co ci chodzi, kochany?” Zrozumiał.
- Nawet nie znam pani imienia – wymyślił odpowiedź na poczekaniu. Wstał, ukłonił się:
- Andrzej Wąsowicz. A pani?
- Oj, przepraszam pana, gapa ze mnie. Michalina Zajączkówna, dla znajomych Linka – podała dłoń i mrugnęła okiem.
Spojrzał w oczy. Zbyt długo jak na dżentelmena. A są przecież takie zamglone, i niedostępne. Dłoń pocałował. Równie bez końca trzymając ją przy ustach. Skóra pachniała bzem lub wanilią. I wtedy nastąpił przełom. Niech się dzieje, co chce. Gra ze mną w te babskie hocki-klocki, to niech uważa. Przysunął się.
- Pani nie może pamiętać, pani za młoda, lecz jest taka piosenka o aromacie pieszczot – szeptał jej prawie do ucha.
-Jaka piosenka? - jej szept pobudził Andrzeja do działania:
- Niedaleko mieszkam – a mam płyty, może
- Blisko, bliziuteńko? - pyta nieśmiałym głosem.
- Dwie ulice za parkiem – odpowiada zachęcony.
Kobieta wzdycha, jednocześnie wyrywa się Andrzejowi z ramion. Wstaje z ławki, wyjmuje z torebki smartfon. Szybkimi ruchami palców wybiera numer telefonu, i mówi zdecydowanym głosem:
- Mamy następnego koteczka, który poderwał biedną Lineczkę, tym razem – zaśmiała się – na płyty gramofonowe.
Odwraca się i mówi w kierunku zdziwionego mężczyzny:
- Poczekaj tu chwilę, za chwilę ktoś przyjdzie.
Nie zrozumiał, lecz kobiety już nie było. Był tak oszołomiony niespodziewanym zwrotem akcji, że nawet nie był w stanie zarejestrować jakiekolwiek ruchu wokół siebie. Po chwili usiadł koło niego czterdziestoletni, masywnie zbudowany, ubrany w skórzaną kurtkę, mężczyzna:
- Słyszałem, że masz ochotę na Linę, proszę pana – gdyby nie okoliczności, połączenie w jednej wypowiedzi dwóch trybów: towarzyskiego i oficjalnego, rozśmieszyłoby Andrzeja. A tak, tylko zirytowało.
- Nie wiem, proszę pana. Nie znam tak naprawdę tej pani, tej pani Liny – czy jak ona tam się nazywa.
- Ale ciałko ma owszem, owszem, co? To coście tu na ławce wyprawiali, to taka promocja - nie ustępował tamten - a jeśli się podoba, to mówię, że pierwsza godzina sto złotych, druga dwieście, trzecia gratis … - mówiąc to, podał jakiś kartonik Andrzejowi. Była to wizytówka. Spojrzał na treść komunikatu i wszystko zrozumiał.
Już chciał odpowiedzieć, lecz od bramy ktoś go wołał:
- Andrzejku, Andrzejku, kochany … panie … Andrzejku ...
Obaj spojrzeli w tamtą stronę. To był Kulas. Szedł szybciej niż zazwyczaj, nawet można powiedzieć że biegł, ciągnąc za sobą w niepełni sprawną nogę. Andrzej pomachał mu bardzo zadowolony, odzyskując pewność siebie.
- Ha, to mój znajomy … - mówi w stronę nieznajomego mężczyzny.
- Słyszałem, słyszałem. „Kochanie”, czy jakoś … tfu, pedały. Człowiek uczciwie chce zarobić na życie, a tu homo – wstał z ławki i odszedł. Andrzej nie był pewien, lecz facet najprawdopodobniej przeklął kilka razy.
- Tchu … mi … brak … Przepraszam ... że się spóźniłem ... nieco, lecz byłem ... u lekarza ... załatwić sanatorium – tymczasem Kulas pytlował pomimo zmęczenia, siadając obok Andrzeja. – A kim ... był ten człowiek?
Andrzej nic nie mówiąc, podał znajomemu kartonik\wizytówkę? i zaczął się śmiać:
- Sam zobacz. Ty mi opowiadałeś historie, teraz ja ci opowiem tylko jedną opowiem, ale za to jaką! I to w promocji, hihihi.
Kulas głośno przeczytał: „ Jeśli chcesz się zabawić, nasze dziewczynki czekają”.

Komentarze
Prześlij komentarz